piątek, 6 stycznia 2017

Witam w Nowym Roku

Mam w końcu swój wymarzony, wytęskniony , pierwszy wolny dzień. Mam nadzieję,że wam miło minęły święta oraz ,że szalona była wasza Sylwestrowa noc.Moja nie była. Z pracy po 20 wyszłam już obolała i dziwnie obojętna na wszystko. Sylwestra spędzaliśmy po raz kolejny z rodziną G. bo raz ,że kończąc po 20 pracę ciężko się potem biegiem pchać do restauracji, dwa z dzieckiem też średnia taka zabawa no i fakt powrotu do pracy na drugi dzień też do szaleństw za specjalnie nie zachęca. Błagałam G byśmy zostali w domu, zjedli coś pysznego , a nie paskudne rybne świństwa i pobawili się wesoło we trójkę, ale nie było szans by go przekonać. Ja jednak dopięłam swego płacąc za to wysoką cenę. Około 22:30 byłam już w domu zamknięta w łazience.Grypa jelitowa (cholerni turyści jak nie grypę to wirusy zawsze muszą przywlec) dopadła mnie z przerażającą siłą. Moje dziecko gdy mnie ujrzało uciekło z odrazą mówiąc: mamo jesteś cała zielona! Gdy wybiła północ słyszałam jak moje dziecko cieszy się na podwórku puszczając petardy, a ja próbowałam powstrzymać torsje ,bo nie miałam już czym wymiotować.Gdy oni spokojnie poszli sobie spać, ja wędrowałam tak sobie do łazienki do rana zaliczając dwa razy podłogę ,gdy zemdlałam z osłabienia. Pierwszy dzień Nowego Roku spędziłam półprzytomna w łóżku ,bo o pójściu do pracy nie było nawet mowy. Nieprzyjemne skutki jelitówki trzymają mnie do dziś gdy większość potraw mimo ,że najbardziej lekkostrawnych jak się da podchodzą mi do gardła. Z przytupem więc weszłam w Nowy Rok i mam nadzieję,że będzie to znaczyć tyle ,że na większość spraw będę po prostu miała wylane i już. A dziecko może w końcu przyklei się trochę do tatusia a nie do mnie ( bo mimo ,że ją bardzo kocham to czasem mam zapędy mordercy gdy nie daje mi chwili by złapać oddech) Tak więc tak staram się to postrzegać i już. 
Co do podsumowania sezonu w tym roku. Prawda jest taka,że spokojnie dali by sobie radę beze mnie. Przykro mi to stwierdzać, bo w końcu od tego zależą półroczne zarobki niemal całego miasteczka, ale w tym roku sezon zimowy był kompletną porażką. Święta wypadły w weekendy co sprawiło,że mało kto miał możliwość ,by zostać na dłużej. Tak więc cała gromada zjeżdżających tu co rok turystów podzieliła się na dwie grupy, tych co przyjechali na święta i tych, a było ich zdecydowanie więcej co przyjechali na Sylwestra. Wszyscy zgodnie narzekali na piękną bezśniegową pogodę i brak możliwości jazdy na nartach. Mieszkańcy pocieszali się tym,że może w ten weekend jeszcze się zjadą. A tu jednak pogoda pokrzyżowała wszystkim plany. W środę nad ranem zaczęło sypać i tak sypie sobie do dziś.Zamiecie śnieżne zawiewają śnieg na drogi uniemożliwiając stosunkowo sprawne ich odśnieżanie.Mieszczańskie towarzystwo wystraszone warunkami pogody zwinęło tobołki i uciekło do miast zostawiając miasteczku puste , pełne śniegu i świszczącego po kątach wiatru i wrażenia niesprawiedliwości losu. Ja sama zmarzłam w sklepie, zarobiłam nic nie robiąc jak to mówi mój G , ale czasem naprawdę wolałabym zostać w ten świąteczny czas w domu, w ciepełku , bez narażania mojego dziecka na codzienne wysyłki do bawialni w której było zaledwie troje dzieci ( większość mam siedziała właśnie z dziećmi w domu) niż zarobić i tak gówniane pieniądze z których połowę muszę wydać na tęże bawialnię która doprowadzała mnie i moje dziecko do rozstroju nerwowego. Gra nie warta świeczki. 
No ale już mam wolne, mam nadzieję,że ten weekend jednak też już będę mogła wrócić do normalności. 
Tyle z domowego frontu. Jeszcze tylko pomęczę was jeśli ktoś dotrwał do teraz kilkoma podsumowaniami z ubiegłego roku i niekoniecznie postanowieniami, raczej nadziejami na przyszły rok, bo przecież wszyscy tak robią nie? 
Muszę przyznać,że miniony rok nie był jednak najtragiczniejszy. Po tym jak w końcu znaleźli miejscówkę na nowe przedszkole muszę przyznać, że Elena chodziła grzecznie i bez teatrów takich jakie urządzała jeszcze rok temu. Niestety wciąż jest pyskata, uparta i okrutnie do mnie przyklejona. To jest naprawdę bardzo, ale to bardzo męczące i czasem aż wyć mi się chce z rozpaczy. Może więc w tym roku będzie łatwiej? 
Udało nam się umeblować sypialnię i salon. Spędziliśmy cudowny tydzień nad morzem oraz 10 dni w Polsce mimo ,że nie było jej w planach. Mnie udało się kupić nowy komputer oraz kilka fajnych książek na nadchodzący rok. Dawka leków jakie biorę na tarczycę chyba zaczęła stabilizować mi skoki w organizmie bo schudłam bardzo wracając do normalnego wyglądu i czuję się też o niebo lepiej. A przede wszystkim nikt z nas nie chorował poważniej (no G trochę miał problemów z tym zapaleniem ścięgna, ale na szczęście obyło się bez operacji) Tak więc mogę śmiało rzec ,że to był spokojny rok. 
Nie jestem z siebie dumna w kilku kwestiach. Nie udało mi się zapanować nad swoim brakiem cierpliwości choć nad marudzeniem znacznie :) Obiecywałam sobie pisanie książki , własnej i na razie na jednym rozdziale stanęło. Z czytaniem w tym roku też było kiepsko. Brak czasu oraz niezbyt dobrze dobrane lektury sprawiły ,że przeczytałam marne 28 książek co jest naprawdę marnym jak na mnie wynikiem.Pocieszam się,że były to książki sporych rozmiarów :) Stary rok przyniósł mi też cudowne znajomości za które jestem naprawdę wdzięczna losowi:)
I ostatni dzień roku przyniósł nam trochę problemów ,bowiem wiatr zerwał cały dach ze stajni, gdzie mamy zwierzęta i G wraz z chłopcami ryzykowali porządne zapalenie płuc walcząc z wiatrem by ten dach umieścić na swoim miejscu i nie narazić biednej zwierzyny na zimno i powikłania. Na szczęście już jest dobrze i mam nadzieję, że te wszystkie złośliwości mijanego roku były jedynymi.
Ja pocieszam się tym,że moja biblioteczka na ten rok zapowiada się imponująco , choć znów są to sporych rozmiarów tomiszcza , ale nie spinam się , ile przeczytam tyle przeczytam byle jednak mieć na to czas :)Obiecuję sobie też że wezmę się porządnie za pisanie. Większych planów raczej nie robię, bo z autopsji już wiem ,że los lubi złośliwie krzyżować plany więc głośno ich nie wypowiadam i mam raczej nadzieję. Mam nadzieję ,że wszystkim nam spełnią się w tym roku najskrytsze marzenia!

środa, 21 grudnia 2016

Wesołych Świąt

Moi kochani, 
w związku z nadchodzącymi Świętami Bożego Narodzenia oraz Nowym Rokiem, chciałabym życzyć wam ,aby te święta były wyjątkowe.Wyjątkowo spokojne, radosne, pełne pyszności, miłości i rodzinnej atmosfery, a Nowy Rok przyniósł w końcu spełnienie najskrytszych marzeń. Bawcie się dobrze , jedzcie, pijcie i radujcie się a tych cudownych chwilach nie zapomnijcie o tych którzy pracują :P 
A tak poważnie.... 
                             WESOŁYCH ŚWIĄT 
i do zobaczenia w Nowym Roku :)

sobota, 17 grudnia 2016

Polska 2016

Tego wyjazdu w ogóle nie było w planach,bo przecież w czerwcu byliśmy nad morzem. Ale...Po wielu godzinach rozmyślań doszliśmy do wniosku,że jednak wyjazd się przyda, a ze względu na niewielkie zasoby finansowe najlepiej do Polski.Chyba nie muszę pisać jak bardzo mnie to ucieszyło?
Spędziłam wiele godzin ,by podróż była idealnie zaplanowana i muszę przyznać,że wszystko dobyło się zgodnie z planem.
Oto opis podróży wraz ze zdjęciami w kolażach,by nie zamęczyć was milionem pojedynczych zdjęć.
1.Podróż
Tym razem było łatwo i przyjemnie.Postanowiliśmy bowiem jechać tylko i wyłącznie z bagażem podręcznym,który skomponowałam celowo tak, by każdy z nich dało założyć się na ramię i to bardzo ułatwiło nam podróż.Muszę też przyznać,że Elena jest dzieckiem z którym podróżuje się bez problemów.Bywa ,że jej się nudzi nie lubi też dużo chodzić i wtedy zaczyna się marudna, ale generalnie wyjazdy z nią nie są dla nas horrorem.
Nie prosiliśmy też nikogo o przyjazd po nas na lotnisko.Połączenia mieliśy fantastyczne ,niemal z jednego do drugiego środka transportu, z małą przerwą na kolację w Katowicach.Niestety zapomniałam ,że 11 listopada to w Polsce święto i wszystko pozamykane, na szczęście obok dworca była otwarta Pizza Hut gdzie udało nam się zjeść,choć przyznam,że nie taki miałam na myśli pierwszy posiłek w Polsce.Do domu dotarliśmy na 22 wieczorem padnięci.Do zapamiętania-G stwierdził,że mogliśmy w sumie przespać się się Katowicach, by na drugi dzień je sobie zwiedzić i wtedy na spokojnie pod wieczór jechać do Kielc.Miał rację, ale mnie przecież spieszyło się do domu, a mój chrześniak też nie mógł się nas doczekać...
2.Pobyt
Pierwszy dzień spędziliśy głównie na zakupach,bo nie zabraliśmy z domu wielu rzeczy postanawiając kupić coś właśnie na mniejscu.Siostra zgodziła się zostać z dziećmi, a my poszliśy połazić po mieście.Popołudnie zaś spędziliśmy w domu z siostrą i dziećmi.
Na drugi dzień wybraliśmy się do Zagnańska , gdzie znajduje się jeden z najstarszych pomników przyrody , sędziwy Dąb Bartek oraz piękny kompleks Oceanika gdzie na stałęj ekspozycji można podziwiać różne gatunki ryb pochodzące z różnych rejonów świata.
Dzieci się tam świetnie bawiły , zwłaszcza Elena, która zdołała namówić ciocię na rybny pealing stóp , po czym w ostatniej chwili zmieniła zdanie i wsadziła tylko ręce mając frajdę z tego jak ciocia obok ze stopami obskubywanymi przez małe pyszczki ryb piszczy z radości.
 Następnego dnia zwlekając się bardzo wcześnie rano,a potem tłukąc niewygodnym jak diabli busem pojechaliśmy do Częstochowy. Muszę przyznać,że pogoda jak na listopad była doskonała. Kto na Jasnej Górze był, ten wie,że tam zwiedzanie odbywa się głównie wewnątrz.Jedna wystawa za drugą, muzeum, Skarbiec, Sala Rycerska, Wieczernik i kościoły- i trzeba przyznać ,że jest tam sporo chodzenia i zwiedzania, ale też w środku było przyjemnie ciepło, a właśnie zmina najbardziej się obawiałam.Rano niebo pokrywały coemne chmury, nawet leżał gdzieniegdzie śnieg, ale popołudniu słoneczko wyszło i zrobiło się bardzo pięknie. Żałuję bardzo,że nie udało nam się zobaczyć Muzeum Górnictwa Rud Żelaza przez moje niedopatrzenie (zamknięte w poniedziałki) ani Muzeum Zapałek bo zamknęli je pół godziny przed czasem-sic! Wyjazd jednak był bardzo udany, dzieciakom trochę się nudziło w niektórych miejscach na Jasnej Górze i zrobiły naprawdę mnóstwo kilometrów ale mimo to to był naprawdę fajny dzień. 

Dwa dni poświęciliśmy na załatwianie drobnych spraw, wypad na basen,dentysta ale przede wszystkim na kilka chwil z moim chrześniakiem i siostrą. Uczestniczyliśmy też w bardzo fajnej grze przeniesionej z wirtualnego świata do rzeczywistego ,polegającej na znalezieniu rozwiązania zagadek, które doprowadzą do odnalezienia klucza pozwalającego wydostać się z pokoju.Zabawa naprawdę świetna, udało nam się z małą pomocą odnaleźć klucz na 3 minuty przed ukończeniem czasu.Za świetną zabawę serdecznie dziękujemy ekipie UNLOCKtheDOOR w Kielcach
3.Kraków 
W rodzinnym domu spędziliśmy zaledwie kilka chwil. Poza trzema dosłownie ułamkowymi w czasie spotkaniami z najbliższymi mi osobami, nie umawiałam się z nikim, w zasadzie nikt nie wiedział ,że będziemy w Polsce.Chciałam bowiem, by to był tylko nasz i taki typowy turystyczny wyjazd. Nie ukrywam,że trochę bolało być tak blisko znajomych i nikogo nie spotkać, ukrywać się trochę, trochę też kłamać, ale też obiecałam to G. Potrzebowaliśmy wyjazdu tylko dla nas, by trochę odpocząć, by zrobić coś wyłącznie dla NAS. Spotkania ze znajomymi ,gdy jest obok G są dla mnie niezwkle wyczerpujące, dla niego też.Postanowiliśmy tym razem po prostu tego uniknąć. 
Tak więc po kilku , naprawdę błyskawicznych dniach z siostrą i Dydusiem, pożegnaliśmy się i udaliśmy się na kilka dni do Krakowa. To był kulminacyjny, zaplanowany od A do Z , wymarzony punkt wyjazdu. Jak z bólem serca zrezygnowałam tym razem ze spotkań ze znajomymi, tak zobaczenia siostry i jej synka nie potrafiłam sobie odmówić. Jednak Kraków był ak naprawdę celem naszej podróży. I ta wycieczka udała nam się doskonale.Ale o tym ,żeby was nie zanudzić w następnym poście.....